Szło świetnie, dopóki nie przestało
- Dietetyk Urszula Banaszek
- 16 sie
- 3 minut(y) czytania
Znasz to powiedzenie – „Rzucić palenie, nic trudnego, robiłem to już mnóstwo razy!”? Podobnie ma się sprawa z odchudzaniem, chociaż tutaj bywa więcej zmiennych. Często wygląda to w ten sposób: postanawiam sobie, że coś zmienię, tak to ten dzień, obmyślam plan, zasady, cel i idzie cudownie. Oczywiście zakładając, że plan ma ręce i nogi, bo często kończy się prze nastaniem wieczoru, ale to temat na inny wpis. Załóżmy na potrzeby niniejszej notki, że plan jest obmyślany realnie i nam odpowiada. Odchudzamy się, bo tego najczęściej dotyczy plan zmiany nawyków żywieniowych, wszystko nam smakuje, nie chodzimy głodni, masa ciała spada, samopoczucie się poprawia i zaczynamy czuć, że tak już będzie zawsze, aż tu nagle…
Zacznijmy od tego, że bardzo często wcale nie chodzi o nagle, bardzo często wcale nie jest to zaskakująca sytuacja, tylko taka, o której nadejściu wiemy np. wakacje, święta, wesele, grill, podróż, jednym słowem, życie. Sytuacja się dzieje, ale my, ponieważ czujemy się silni, nie zakładamy odstępstwa od planu, no bo co to za plan co nie jest idealny. Plan wykonany na 99% to plan niewykonany, bo wykonany to ten zrealizowany na 100, nie, czekaj, za mało, na 150%! No i siedzimy na tym weselu popijając colę 0 i wygrzebując tłustą fetę z sałatki greckiej oraz strząsając oliwę z pomidora, ale nie siedzimy tak bezproduktywnie. Myślimy. Rozmyślamy nad sensem tej całej zmiany i patrzymy jak sens życia ulatuje nam wraz z każdym kawałkiem ciasta, które przelatuje nam przed oczami. Narasta więc w nas poczucie krzywdy, a krzywdę chcemy pomścić. Nie będzie dieta pluć nam w twarz i odbierać nam prawa do sernika! Postanawiamy więc o to prawo zawalczyć.
Zwykle początkowo nie mamy złych zamiarów, tylko mały kawałeczek, no dobra, to z galaretką też fajnie wygląda, oooostatni, jutro się wezmę. No ale skoro jutro mam się brać to jeszcze pokorzystam dziś, póki mogę. Tu zwykle urywa się film, a następna klatka wylewa się na nas wiadrem pomyj złożonych z poczucia winy, wstydu, „po co mi to było” i „teraz to już wszystko stracone”. Skoro i tak wszystko stracone, bo razem z serniczkiem połknięty został cyrograf, to w sumie są z tego plusy, zwalnia nas to z obowiązku kontroli, a więc upragniona wolność! Sky is the limit! No może jeszcze pewien wyznacznik limitu stoi w łazience pod umywalka i pokazuje +5kg, no więc trzeba się wziąć. Okazuje się jednak z czasem, że każde kolejne „branie się” wiąże się z coraz mniejszym entuzjazmem, coraz bardziej kojarzy się z wysiłkiem, ograniczeniami, wyrzeczeniami oraz ponurym wnioskiem „po co? i tak się wywrócę”. Problemem jednak nie są wywrotki, problemem jest to, że my odbieramy sobie prawo do powstania. Zresztą po co wstawać, skoro tam nas czeka tylko krew, pot, łzy i sałata.
Morał z tej historii jest taki, że aspekt idealności w praktycznym kontekście skuteczności jest mało istotny. My lubimy się go jednak kurczowo trzymać i traktować jako cel sam w sobie, do tego stopnia, że ważniejsze od tego czy działa zaczyna być dla nas ważniejsze to, czy się zgadza na papierze. Zachęcam Cię do zastanowienia się, ile w praktyce wart jest plan opracowany na 100%, realizowany na 150% i rzucony na 200% po miesiącu? Pozwolę sobie odpowiedzieć, zwykle coś tak koło 0. Dla równowagi zachęcam do zastanowienia się ile jest wart plan opracowany na 80% i zrealizowany na 70%, a dzięki temu, że nie jest aż tak wymagający, kontynuowany. Na pewno sporo więcej niż 0 Która opcja ma zatem większą skuteczność?
Plan zmiany nawyków żywieniowych nie musi być idealny, ma być skuteczny, ma nas przybliżać do celu, nie musi nas tam teleportować. Czasem w swoich planach zmiany chcemy być tak idealni, że plan zaczyna być ważniejszy od nas samych i naszych potrzeb, a nikt nie chce być pomijany i unieważniany.